I

ŁAPANKA I WYWÓZ DO NIEMIEC – LIPIEC 1942

Przyszła ukraińska policja. „Gdzie Michał?” – zapytali. „Michała nie ma”, „A gdzie jest?”, „Do lasu poszedł”. Zaczęli wtedy krzyczeć.

Gdzie uciekł Michał?

On się schował, już miał siedemnaście lat i wiedział co się dzieje.

To kogo najpierw zabrali?

Siostrę Helkę.

Dużo wcześniej niż ciebie?

Ponad rok wcześniej.

Ile ona miała wtedy lat?

Tylko wkroczyli i od razu zabierali do Niemiec. Miala18 lat.

W nocy ją zabrali?

W dzień.

W biały dzień zabierali ludzi?

To było traktowane jako prawny obowiązek stawienia się do pracy. Wytypowali kogoś i ten ktoś musiał się stawiać, i ją wytypowali, u nas było sześcioro dzieci, to tylko z takich rodzin brać.

Jak Niemcy wkroczyli to był czerwiec 1941 roku. Lato się zaczęło, ciepło było. Wtedy ją zabrali. Rok później przyszli po brata. Brat uciekł, nie ma. Jak nie ma, to złapali mnie. A ja zawsze byłem wszędzie blisko.

Ile miałeś wtedy lat?

Skończyłem właśnie czternaście.

Kto przyszedł po ciebie Ukraińcy czy Niemcy?

Ukraińcy. I zabrali mnie zamiast Michała.

A co na to twoi rodzice?

Mama nie chciała mnie puścić, jeden z nich wtedy odepchnął mamę a drugi mnie zabrał.

A gdzie był wtedy twój ojciec?

Nie pamiętam.

Kiedy wrócił Michał?


Wyszedł jak tylko się dowiedział, że nie ma już policji. Był schowany gdzieś w stodole w słomie. Takich chłopaków jak on było więcej i każdy miał swoje kryjówki.

Co czułeś, gdy cię zabierali?

Nie wiedziałem o co chodzi. Zabierają gdzieś, to zabierają.

Nie było ci  smutno, że twoja mama płakała?

Nie było zwyczaju, żeby syn trzymał się mamy. Taki czas, tak trzeba było. Przyszli Niemcy, to nawet pamiętam byli ludzie, którzy chwalili Niemców. Że jak Niemcy przyjdą, zagospodarzą, zrobią porządek, zrobią drogi i przynajmniej po tym błocie nie będziemy łazić. A oni zrobili taki porządek, że ludzi powywozili. Najpierw Rosjanie wywieźli bogatych, a Niemcy później wywozili tych, których wskazali im Ukraińcy.

Mama upiekła mi kurę na drogę. W drodze kura się zaśmierdziała, bo ciepło było i jakiś jeden dorosły facet mówi: „ – Co będziesz z tym robił, będziesz to wyrzucał ? -  „Tak, wyrzucę”. – „To dawaj, ja zjem”. Zjadł i nic mu nie było. Głodny był, bo niektórych złapali i od razu wrzucili do pociągu.

Zawieźli nas pociągiem do Lwowa. Podróż trwała parę godzin, bo po drodze stawali i zabierali nowych. Byliśmy we Lwowie całą noc. A potem wsadzili nas do wagonu.

Wsadzili was wszystkich do jednego wagonu?

Było wiele wagonów.

Były tam dzieci?

Przeważnie dorośli.

Miałeś zapasowe ubranie ze sobą?

Koszulę i kalesony. Było ciepło, lato.

Który to był rok?

Lipiec 1942. Bodajże 15 lipca.

Kto was pilnował?

Jacyś zwyrodnialcy, przeklinali i darli się na nas strasznie.

W jakim języku?

Po polsku. To byli Polacy.

Polacy?

Polacy, którzy współpracowali z Niemcami.

Mieli broń?

Mieli.

Wszyscy wykonywali rozkazy?

Jak powiedzieli „Wysiadać”, powysiadaliśmy. Później wpakowywali nas do innych wagonów i zawieźli aż do Kamienia Pomorskiego.

Wiedziałeś wtedy gdzie cię wiozą?

A skąd!

Dawali coś na drogę do jedzenia, do picia?

Chleb jeszcze miałem od mamy. A później po drodze dawali. Zawieźli nas do Kamienia Pomorskiego na Pomorzu Szczecińskim – to się teraz tak nazywa, wtedy to był Hammerstein [Kamień Pomorski (niem. Hammerstain) do 1945 roku należał do terytorium Niemiec. Znajduje się 90 km na północny wschód od Szczecina – przyp K].. To był lagier i tam już byli niewolnicy francuscy. Wpędzili nasz transport do nich i dali nam tam kawałek czarnego chleba.

Ile jechałeś z Lwowa do Hammerstain?

Chyba jeden dzień [Wg ViaMichelin najkrótsza odległość drogowa między Lwowem a Kamieńcem Pomorskim wynosi 921 km; szacowany czas podróży samochodem  wynosi 15 godzin; natomiast odległość w linii prostej między Dunajowem a Kamieńcem Pomorskim wynosi ok 1000 km.- przyp K]

Pociąg  zatrzymywał się w drodze?


Chyba tak. Pamiętam chleb i herbatę, którą nam dawali  - taką jakby na sieczkarni ciętą.

Nie było problemu z toaletą?

Toaleta to była dziura w podłodze wagonu.

Kobiety i mężczyźni w jednym wagonie?

Tak. Oni już nie liczyli się wcale z ludźmi, pędzili nas tak jak bydło.

W obozie w Hammerstain siedzieliśmy chyba z trzy dni. Pamiętam strażników na wieżyczkach. Francuzi dawali naszym dzieciom czekoladę, podawali przez druty – dwa rzędy drutów. Nie bali się, mimo że strażnik widział.

Jak Niemcy traktowali Francuzów?

Francuzi byli traktowani lepiej niż inni niewolnicy. W obozie grali w piłkę. Gdy z Francuzem byłem w Niemczech, on dostawał paczki, papierosy, mundury nawet.

I gdzie cię zabrali z Hammerstain?

Tego już nie pamiętam, ale prawdopodobnie pociągiem zawieźli do Koszalina.

Wtedy jak to się nazywało?

Köslin. To było niedaleko Hammerstain. Do Koslin przyjechaliśmy wieczorem i tam przenocowaliśmy w takim prymitywnym baraku. Tam ludzie chodzili jeden po drugim. Byli tak przemęczeni, że padali na podłogę i leżeli, aby się troszkę przespać, a jak ktoś chciał do ubikacji, to szedł, właził na głowę, na rękę, na nogę. Był tam też wychodek obok postawiony, gdzie cały czas była kolejka, kobiety piszczały, krzyczały, to wszystko było bardzo nieprzyjemne. Na drugi dzień zabrali nas z Koslin do Schlawe [Schlawe – po 1945 roku przyłączone do Polski jako Sławno - dziś miasto i gmina w północno-wschodniej części województwa zachodniopomorskiego, w powiecie awieńskim, położone nad rzeką Wieprzą – przyp K].

W jakim języku do was mówili? Po polsku czy po niemiecku?

Ci, co nas transportowali po polsku. Nikt nie rozumiał po niemiecku.

podroz

Przypuszczalna trasa pociągu Lwów – Schlawe, lipiec 1942 rok.

———————————————————

II

NIEWOLNIK III RZESZY (lipiec 1942- marzec 1945)

W Sławnie zaczęli po nas przyjeżdżać niemieccy gospodarze – przyjeżdżali do biura, gdzie im przydzielono pracownika.

Przydzielono im pracowników z góry czy sami wybierali?

Sami wybierali, wcześniej nas oglądali.

Co oglądali?

Patrzyli jaki wiek, i zabierali tego, który im się podobał. A ja jako że byłem mały i szczupły, zostałem na samym końcu. Zostałem ja i jeden starszy człowiek – Ukrainiec, który twierdził, że jest chory. A ten, który przyjechał na końcu miał już do wyboru tylko nas, więc wziął, co było. Na początku chciał tylko tego chorego, ale, jak później opowiadał, pomyślał wtedy, że weźmie jeszcze mnie, to będę mu pasł krowy. Oni mieli przydział robotników, ale jednocześnie musieli nam dać wyżywienie i całą opiekę.

W jakim wieku był ten gospodarz?

Starszy człowiek. Mógł mieć około sześćdziesiątki. Przyjechał bryczką razem z żoną.

Widać było różnicę między gospodarzem niemieckim a  ukraińskim?

No pewnie. Ten był bogaty. Miał około dwadzieścia krów, trzy konie, to było gospodarstwo duże,  na poziomie.

Coś do ciebie mówił z żoną?

Coś mówili, ale nic nie rozumiałem.

Byłeś związany?

Nie. A gdzie tam.

Nie było tam już żołnierzy?

Nie.  Sami gospodarze. Normalne rolnictwo prowadzili, wojsku dawali tylko kontyngent.

Co to był kontyngent?

Kontyngenty to przydziały, które rolnicy niemieccy oddawali wojsku – mięso, zboże, brukiew.

Chcieli dawać to wszystko wojsku?

Dawali z chęcią. Choć nie wiadomo, co naprawdę myśleli.

Co mówili o Hitlerze?

Jak Hitler miał imieniny, to flaga wisiała na każdym domu. Wszyscy musieli obchodzić to święto.

Wróćmy do gospodarza. Zabrał cię do swojego domu?

Jak przyjechaliśmy na podwórko, to najpierw zaprowadził mnie do stajni, konie tam były, konia wyprzągł i powiedział:. „Das sind Ferde, Ferde, Ferd, Ferd” , koń – Ferd. : „Eins, zwei, drei Ferde”  I już od razu…

Zaczął cię uczyć niemieckiego?

Tak. I szybko załapałem to Ferde, potem mnie uczył dni tygodnia, że tydzień ma 7 dni, itd.  Na początku mało rozumiałem, ale się domyślałem. Chwytałem szybko. Wymieniał dni: Sontag, Montag, Dienstag, Donnerstag, Freitag. Potem „ein Jahr” – jeden rok, że ma 12 miesięcy i nazywają się one Januar, Februar, March, April, Mai itd. Potem na drugi lub na trzeci dzień powiedział do mnie po niemiecku, że pójdę bronować w pole. Nic nie rozumiałem, na szczęście zaraz obok u drugiej rodziny niemieckiej mieszkała Polka – pochodziła z Gdyni i już dawno służyła u tych Niemców. Usłyszała, co on do mnie mówi i wytłumaczyła mi, że chodzi o bronowanie.

Co to jest bronowanie?

Bronowanie to jest rozpulchnianie ziemi. Konie ciągną bronę – takie wielkie grabie, które rozdrapują ziemię.

Gdzie spałeś?

W małym pokoiku z tym starym Ukraińcem. I tam był taki stolarz z Darłowa, którego nazywali wujkiem Francem i on zbił dla nas z jakiś prymitywnych desek łóżko. Dali nam jakąś pierzynę, jakieś prześcieradło. Nie wiem nawet ile nocy z nim spałem. Było niewygodnie, bo w nocy on ciągnął na siebie pierzynę, a ja na siebie.

Spałeś z nim w jednym łóżku?

No musiałem.

Jak długo spaliście w jednym łóżku?

Pół roku. Potem go zabrali.

Ile on miał lat?

Musiał mieć już z pięćdziesiąt.

Jak cię traktował?

Cieszył się, że ma z kim rozmawiać i ktoś z nim jest.

Jak on się tam czuł?

Bał się.  Nie rozumiał niemieckiego i nie umiał pracować. Pewnego razu jesienią na gospodarstwie odbywała się młocka. Oni młócili, mieli swoją maszynę, a zboże było podwożone do stodół. No i dużo ludzi trzeba było to tego. Niemka rzucała do mnie snopki,  odbierałem to i rzucałem gospodarzowi a on wkładał to do maszyny. Potem Francuz wiązał słomę, która wychodziła z tyłu maszyny a Ukrainiec miał podstawiać powrósło do wiązania i odbierać związaną słomę. On jednak nie dawał sobie z tym rady, zamotał się w tej słomie i cala praca przez niego stanęła. Gospodarz zatrzymał wtedy maszynę, podszedł do Ukraińca, wziął słomę i zaczął go bić. Zmordował go wtedy niesamowicie. Ukrainiec kryl się rękami i krzyczał tylko, że jest chory. I potem położył się do łózka Józef – Ukrainiec nazywał się Józef. I to jeszcze bardziej rozzłościło gospodarza. Ludzie są, młócka powinna iść, a przez niego nie idzie młócka, bo on zatrzymał wszystko. Wtedy gospodarz wpadł w szal i pobił go tak, że aż porwał na nim koszulę. Na drugi dzień gospodarz poszedł  z nim do pośrednictwa pracy, żeby lekarz stwierdził, czy on naprawdę jest chory czy tylko udaje. Pojechał z nim, bryczką aż 12 kilometrów, bo to nie było na miejscu. I lekarz uznał, że jest zdrowy. Po tym gospodarz zbił go tak, że cały posiniaczony był. I od razu kazał mu wyrzucać gnój od świń.

Co się stało z tym Ukraińcem?

Do lasu wyjechał.

Do lasu?

Do leśnej roboty.  Gospodarz dowiedział się w pośrednictwie pracy, że można się go pozbyć i oddać do prac leśnych.

Reichsgaue

III Rzesza Niemiecka

Gospodarz miał dzieci?

Tak. Miał trójkę dzieci. Najstarsza dziewczyna była dwunastoletnia, chłopak dziesięcioletni i sześcioletnia dziewczynka.

Gospodarze potrafili czytać i pisać?

Pewnie. To byli ludzie na poziomie już.

Jak cie traktowali?

Nie mogę narzekać, bo głodny nie byłem, ale nosiłem koszulę porwaną na strzępy i mi nie dali nowej.

Nie chcieli cię zapisać do niemieckiej szkoły?

A gdzie tam.

Co najczęściej robiłeś w tym gospodarstwie?

Wyrzucałem gnój od świń, a jak był Francuz, to zajmowałem się krowami.

Mieli też Francuza u siebie?

Tak, francuskiego niewolnika.

Ile lat miał ten Francuz?

Gdzieś 35. Pewnego razu Francuz poczęstował mnie papierosem i zrobiło mi się po tym niedobrze. I był akurat obiad i nie moglem nic ruszyć. Zauważył to 10-letni syn gospodarza i naskarżył ojcu – bo my jedliśmy u siebie w pokoju, a oni w kuchni, ale akurat drzwi były uchylone. Gospodarz przyszedł i zapytał, czemu nie jem. Odpowiedziałem, że jestem chory. Nic mi nie zrobił. Domyślił się chyba, że to przez papierosy.

Oprócz ciebie i Francuza  mieli kogoś jeszcze?

Jedną Niemkę, a później dwudziestoletnią Polkę, która przyjechała z Lodzi.

Niemka też była tam przymusowo?

Nie. Miała przydział do gospodarza. Starsza kobieta. Pracowała w knajpie. Jak odszedł Ukrainiec, dali jej mój pokój, a mnie wysłali na strych.

Nie było tam zimno?

Nie. Na zimę przenieśli mnie do pokoju harcerek.

Harcerek?

Harcerek z Hitlerjugen- one tam pracowały w okolicy. Na strychu były dwa pokoje – w jednym spały na siennikach harcerki, a w drugim, gdzie mieścił się magazyn, spałem ja

Miałeś jakiś wolny dzień?

W niedziele mogłem robić, co chcę, musiałem tylko obsłużyć bydło. Pamiętam jednej niedzieli dziewczyny były na górze, bo też wolne miały i jedna zajrzała do mojego pokoju. A ja właśnie zszywałem porwaną koszulę – jedyną, którą miałem. I mi się wtedy wstyd zrobiło, że ona widzi jak ja taką koszulę porwaną szyję. Ale one wtedy poszła do siebie, wróciła i przyniosła mi swoje trzy koszule płócienne, takie na szelkach.Ucieszyłem się strasznie. Poszedłem wtedy po kryjomu do sadu sąsiada – Polak to już umie takie rzeczy od dzieciństwa – narwałem im gruszek do worka  i przyniosłem. Bardzo się cieszyły z tych gruszek.

Wiedziałeś gdzie jesteś?

Nic nie wiedziałem.

Wiedziałeś, że jesteś 20km od morza?

Nie.

Gdzieś wyjeżdżałeś przez te lata ze wsi?

Nigdzie. Do lasu. Raz jechałem dosyć daleko. Dziwię się mocno do dziś, że mnie wtedy wysłano. Niemka mi wtedy rękawice zrobiła, bo to zima była. Wiozłem gdzieś Niemców, to było ponad 30 kilometrów.

Gdzie ich wiozłeś?

Nie wiem gdzie. Do jakiejś miejscowości. Tam było więcej furmanek. Francuzi też jechali.

Kiedy wróciliście?

Na wieczór tego samego dnia. Kto miał fajne konie, to zawiózł Niemców i szybko wrócił. A ja miałem dwa ślepe konie i trzeba było je ciągle trzymać, bo nie widziały drogi. Wracałem, zaczęło się ściemniać, w drugą stronę droga inaczej wyglądała. No ale jakoś zajechałem szczęśliwie do domu. Gdzieś o północy przyjechałem. Niemka czekała na mnie zdenerwowana, że mnie tak długo nie było.

Obchodziłeś tam z nimi Wigilię i inne święta?

Nie. Przynosili mi tylko talerz z jedzeniem do mojego pokoju.

Miałeś tam znajomych?

Był tam taki jeden z innego gospodarstwa z Piaseczna, z którym się kolegowałem. Był mniej więcej dwa lata starszy ode mnie.

Gdzie się spotykaliście?

I jednego Polaka, który mieszkał u dobrych Niemców, dawali mu wszystko i on się czuł tam jak w domu. Chodził nawet w tej samej koszuli, co Niemiec. Urządził sobie pokój zaraz przy kuźni i mógł tam zapraszać znajomych.

I co tam robiliście?

Rozmawialiśmy, śmialiśmy się, śpiewaliśmy. Przychodzili Białorusini – fajne chłopaki: Mikołaj, Alek – Alojzy i Misza. Alek to był spokojny człowiek, tylko się uśmiechał pod nosem, Miszka już trochę podskakiwał, a Mikołaj to był zuch chłopak. On i grał, i śpiewał, i tańczył, i rozweselał ludzi.

Na czym grał?

Na harmonii.

A kto mu ją kupił?

Niemka,  gospodyni.

Były tam też dziewczyny?

Dziewczyny też przychodziły.

A jakieś pary lub narzeczeństwa?

Mikołaj – ten wesoły Białorusin zaręczył się z jedną. Nazywała się Mira – też Białorusinka. Gdy wojskowi chcieli ją zgwałcić, nie dopuścił do tego. „To moja żona” – powiedział. „Nie dam”. Zamieszanie takie było wtedy, że myślałem, że go zabiją.

Innego razu Ukraińcy zgłosili do policji niemieckiej, że Polacy tam się chodzą i przyszło dwóch mundurowych, a nas pełna była pełna buda.

I co?

Dali każdemu mandat po 20 marek, a 20 marek to był wtedy prawie miesięczny zarobek.

Wypłacali wam pieniądze za pracę przymusową?

Tak. Dostawałem 20 marek co miesiąc.

I na co wydawałeś te pieniądze?

Trochę w karty przegrywałem, trochę wysyłałem do domu.

Skąd wiedziałeś, że twoi rodzice żyją?

Jak napisałem, to dostałem odpowiedź.

Przecież twoi rodzice nie potrafili czytać i pisać.

Sąsiadka im pisała.

Co pisała?

Że rodzice żyją, że dostali pieniądze, że pomaga im to.

A pewnego razu prawie przegrałem w karty 90 marek. Jak się wciągniesz w karty, to nie możesz potem przestać. Najpierw małe stawki, później coraz większe, coraz większe i doszło do grubych pieniędzy. Uderzyłem i przegrałem 90 marek poszło. Wtedy jeden koleś, Zdzisiu się nazywał, mówi: „Masz 2 marki, i graj jeszcze”. Zagrałem i się odegrałem. Miałem szczęście. A już byłem w panice prawie. Niemiec regularnie płacił mi 20 marek na miesiąc, czyli to był ponad czteromiesięczny zarobek.

Ile Niemiec zarabiał?

Nie wiem.

Co można było kupić za 20 marek?

Nic, wina się napić kieliszek.

Za 20 marek?

Jakoś tak, za 20 marek więcej nic nie kupiłeś.

To była duża wieś?

Tak, duża.

Każdy miał służącego Polaka w tej wsi?

Nie. Mało nas tam było, chyba sześciu.

Trzeba było się kłaniać Niemcom?

Nie. Żyliśmy tam swobodnie, tyle że musieliśmy pracować jak woły. Rano robiłem w polu, a później, gdy przyjechałem do domu, musiałem nakarmić bydło i gnój powyrzucać. To była mordęga, ale przyzwyczaiłem się do tego i tak to wszystko jakoś gładko szło.

————————–

III

WYZWOLENIE PRZEZ ARMIĘ CZERWONĄ – MARZEC 1945

Rozpoczął się front, Ruscy byli już blisko i władze niemieckie dały rozkaz gospodarzom, żeby wyjeżdżać.  Niemka zapytała, czy pojadę z nimi. Odpowiedziałem: „Jak wszyscy Polacy pojadą, to ja też pojadę”, przymusu nie było. Zobaczyłem jednak, że większość jechała z Niemcami, to i ja pojechałem. Wyjechaliśmy 5 kilometrów za las, gdzie frontu miało nie być. Spędziliśmy tam noc i na drugi dzień rano Niemiec mówi: „Pojedziesz do domu, tam jeszcze Ruskich nie ma, i przywieziesz karmę dla koni”, „Z kim pojadę?” – zapytałem, „Sam pojedziesz” – odpowiedział. „Niech Rajmund jedzie ze mną” – powiedziałem, to był Niemca syn. „ O nie, nie” – bali się. Pojechałem więc sam powozem z końmi i tylko zajeżdżam do  wioski, a inny Niemiec mnie zatrzymuje i mówi: „Już nie pojedziesz nigdzie…”. To był cywilny. „Jutro powieziesz mleko do mleczarni” – rozkazał. „No dobra powiozę mleko. Z kim?”, „Ze Zdzisiem”.

Kto to był Zdzisio?

Zdzisio był służącym u brata mojej gospodyni – ten brat był inwalidą. I zajechaliśmy ze Zdzisiem do stajni i zaczęliśmy szukać czegoś do jedzenia. Znaleźliśmy chleb. Wcześniej spotkaliśmy jednego Polaka we wsi. „Chłopaki, uważajcie, bo to już koniec” – powiedział. Rano pozbieraliśmy jednak kany i pojechaliśmy z tym mlekiem. Niemcy jeździli 4 kilometry wkoło, żeby minąć front, a ja mówię: „Gdzie będziemy tamtędy jeździć”. Wprost to było niecałe 2 kilometry. Wjechaliśmy więc prostą drogą na górkę taką, a tam patrzę Ruscy. I Ruscy nagle serię z karabinu do nas. I posypali po tych kanach. Tylko brzęk poszedł, a my do rowu. Zdzisiu biedny nie miał nic, ani butów, tylko drewniaki. Śnieg był i on biedaczek te drewniaki w ręce i w samych skarpetkach ciap, ciap, ciap po śniegu. Zawróciliśmy do naszej wioski, bo nie bylo jak przejechać. Patrzymy, Niemiec, jedzie na rowerze wojskowym. Złapał się za wóz i mówi: „No chłopaki spieszcie się, bo już jest koniec”. Kurcze, nic się nie odezwaliśmy, bo czy to nabiera nas czy to prawda, nie wiadomo. Wjechałem na podwórko a tam stal mój gospodarz Niemiec. Długo mnie nie było z tą paszą, to sami przyjechali zabrać jeszcze najbardziej potrzebne rzeczy. Tym razem już nie wolno im było mnie zabrać. Niemka dała mi kawałek chleba i płaszcz, żebym miał w nocy czym się okryć. Przytuliła mnie i się popłakała. Potem kazali nam iść do zgrupowania , tam gdzie byli wszyscy.

Polacy?

Polacy, Białorusini, Ukraińcy. Niektórzy już pouciekali, niektórzy dopiero planowali ucieczkę – chcieli okryć się prześcieradłami, żeby nie było ich widać na śniegu i uciekać do Ruskich. Inni im znowu odpowiadali: „Niech Ruscy zauważą, to wystrzelają nas jak kaczki – będą myśleli, że to Niemcy się zbliżają”. No i siedzieliśmy tak w tym domu – to był duży, murowany dom. Pod wieczór przyszedł Niemiec i powiedział, że nie wolno nikomu odchodzić. „Wszyscy macie tu być rano. Jak do rana nic nie będzie się działo, to pójdziecie obsługiwać bydło”.

W nocy jednak zaczęli strzelać. Ruscy ruszyli na Niemców i trzeba było do piwnicy uciekać, ale nie mieliśmy nic do jedzenia. Mówię: „Tam w chałupie chleb jeszcze jest”. Niemiec, który nas pilnował powiedział, żebyśmy przynieśli sobie ten chleb. Wyszliśmy i jak nie rąbnie w taką lipę, że tylko gałęzie pofruwały.

Co rąbnęło?

Z artylerii pocisk. Kurcze, to my z powrotem. No i w piwnicy siedzimy i czekamy. Pamiętam, że nawet usnąłem w tej piwnicy. Rano nastała cisza, ale słuchamy – na zewnątrz ktoś rozmawiał, ale nie był to już niemiecki. Białorusini – byli najbardziej bystrzy i wyszli, i zobaczyli, że Ruscy już byli. I oni z nimi przywitali. Przylecieli do nas. „Wychodźcie, bo już Ruscy są!”. Wyszliśmy z piwnicy, Francuzi też wyszli ze swojego baraku. I jak się spytaliśmy co teraz, ruscy wojskowi odpowiedzieli: „Idźcie, róbcie, co chcecie, idźcie, gdzie chcecie”.

Wyszliśmy na ulicę a tam pełno ruskich zabitych leżało. Żołnierze powynosili im pierzyny z domów i ponakrywali ich pierzynami. A później na to śnieg spadł i zrobiły się takie małe górki przez całą wioskę.

Na początku wioski Ruscy założyli sztab, gdzie sprawdzali nasze dokumenty. Czekaliśmy tam w kolejce i przyszedł pijany Rusek – jakiś ze stopniem, chyba porucznik – i pistoletem zaczął wymachiwać nam nad głowami: „A wy bladzie! – mówi – Wy pomagali Germańcom, a zobaczcie ile nas naginęło. Przez was to!”. Nie wiadomo czy tylko tak straszył czy naprawdę chciał wtedy kogoś zastrzelić. Na szczęście jakiś inny żołnierz, coś mu powiedział i ten pijany zabrał się i poszedł gdzieś.

Niemców wtedy złapali w tej wiosce?

Tylko jedna rodzina została

I co im zrobili?

Nic. Ruscy Niemcom, jak był to biedak, nic nie robili. Ten to był leśny pracownik, mieszkał w takim prymitywnym domu i puścili go wolno.

Co zrobiłeś po sprawdzeniu dokumentów?

Kazali mi jechać do domu. No tak – pomyślałem – do domu, ale gdzie ty masz dom?

————————————-

Czytaj również:

Część III: Powojenna tułaczka – w poszukiwaniu rodziny