I
POWRÓT NA WSCHÓD – KWIECIEŃ 1945
Po sprawdzeniu dokumentów ruszyłem na Wschód. Z innymi Polakami znaleźliśmy konia, znaleźliśmy furmankę. Koń kaleka, ale trochę szedł. Po drodze miałem dziewięć koni. Co nam konia gdzieś zabrali, to znalazłem innego i jechaliśmy dalej. I tak po trzech dniach dojechaliśmy aż do Piły. A z Piły pociąg już był. Jak był pociąg, to zostawiliśmy tego konia i ten wóz i mąkę jeszcze, która była na tym wozie. Pociąg przyjechał załadowany do pełna, podjechaliśmy kawałek i znowu nam kazali wysiadać, bo pociąg wracał za frontem. Wrócił z powrotem gdzieś tam pod Sławno i musiałem łapać nowy pociąg.
Jednym pociągiem?
Gdzie tam, jaki jechał, to się go czepiałem.
Za darmo?
No pewnie.
To towarowy był pociąg?
Towarowy, przeważnie towarowy.
Dużo osób jechało z tobą?
Dużo, ale nikogo nie znałem, jechałem na własna rękę. Gdy zabrakło mi jedzenia, nie miałem nic i w Łukowie – to już było niedaleko wschodniej granicy – poszedłem szukać chleba i trafiłem na piekarnię, ale nie miałem pieniędzy. I zamieniłem wtedy buty na bochenek chleba. I miałem już na tydzień jedzenia.
Z Łukowa pojechałem pociągiem łapanym do Lublina. To było już niedaleko i w Lublinie się zatrzymałem. I jedna kobieta się trafiła i pytać zaczęła, gdzie jadę. Była dosyć zorientowana we wszystkich sprawach. Powiedziałem, że chcę do Lwowa się dostać. „A jesteś Polakiem czy Ukraińcem?” – zapytała. „Polakiem”, „No to nie jedź tam”, „Czemu?”, „Bo jak tam pojedziesz, już cię nie puszczą i będziesz tam musiał zostać”. I wszystko mi wytłumaczyła, dopiero wtedy się dowiedziałem, że tam już nie jest Polska a Ukraina i że rodzinę moją musieli przesiedlić albo pomordować. I zacząłem szukać ich na terenach Zamojszczyzny. Dotarłem aż do Hrubieszowa, gdzie dostałem od Czerwonego Krzyża tzw. zasiłek rodzinny, czyli kawałek chleba, cukru i herbaty.

Powojenna wędrówka Władysława Szram: 1. linia zielona – kwiecień 1945: Schlawe (Sławno) – Hrubieszów; 2. linia pomarańczowo-żółta -lipiec 1945: Hrubieszów – Gdańsk; 3. linia żółta – lipiec 1946 – kwiecień 1948: Gdańsk – Hrubieszów – Minkowice Oławskie.
——————————————————–
HRUBIESZóW – W Armii Krajowej
(kwiecień-lipiec 1945)
Właśnie w Hrubieszowie jeden facet mną się zainteresował, wybadał wszystko i powiedział: „Nigdzie się nie ruszaj, chcesz, to z nami zostań” – mówi – „Będziesz miał szansę pomścić rodzinę”. Bo mówiono wtedy, że wszyscy Polacy wymordowani zostali przez bandy ukraińskie. Bylem przekonany, że taki właśnie los spotkał też moją rodzinę.
Bandy?
UPA – partyzantka ukraińska, Polaków kasowali, bo jeszcze Niemcy im powiedzieli: „Jak sobie oczyścicie teren, to będziecie mieli swoją Ukrainę”. I oni tam cały czas grasowali.
Co to był za facet?
To było AK. AKowców było tam dużo. Ukraińcy mieli swoje siedziby i Akowcy mieli.
A gdzie mieliście siedzibę?
W lesie i gdzie się dało. Ja, np. spałem w stodole u jednego Polaka. On wiedział oczywiście, ale współpracował z AK. Wygrzebałem sobie dziurę w słomie. I właziłem w tę dziurę, tam byłem pewny, że nikt mnie nie znajdzie. I tak chodziłem z nimi na Ukraińców prawie trzy miesiące. Do czasu, aż jeden nas nie zdradził.
Kto zdradził?
Polak. To był lipiec 1945 roku. Szliśmy na akcję i ten człowiek wyprowadził nas w pewne miejsce, powiedział, żeby czekać, bo z drugiej strony nadejdzie inna grupa i razem 60 ludzi pójdziemy na bandę ukraińską. Sam odszedł w stronę lasku, gdzie rzekomo miała być ta druga grupa i wtedy oni dali serię po nas, tak, że wytłukli chyba z dwadzieścia osób.
Jak ci się udało uciec?
Leciały tam niedaleko tory kolejowe i pod torem kolejowym była duża rura. Wskoczyłem tam razem z Mieciem “Iskrą” i przeczołgaliśmy się tą rurą na drugą stronę kolejowego wału. I dawaj dyla po zbożach na czworaka, żeby się jak najszybciej oddalić od tego miejsca. Dobiegliśmy do miejsca, gdzie miałem kryjówkę i tam już czekał gospodarz i powiedział tylko: „Uciekajcie chłopaki, bo już o was wiedzą”.
Ale kto was zaatakował?
Oddziały komunistów. UB.
To nie było UPA?
Nie, wtedy to byli Polacy.
——————————————–
W GDAŃSKU lipiec 1945 – lipiec 1946
Zerwaliśmy się wtedy stamtąd, tak że rano byliśmy już w Jarosławiu, koło Zamościa. Zatrzymaliśmy się u pewnych zaufanych ludzi, którzy powiedzieli nam, że musimy uciekać, bo komuniści z ruskimi rozbijają całą organizację. „Uciekajcie do Gdańska, Gdańsk jest wolnym miastem, tam jest bezpiecznie”. W ten sposób złapaliśmy pociąg do Gdańska, ale w Gdańsku co? Ani jedzenia, ani znajomych, ani miejsca, gdzie można by się zatrzymać. I byliśmy tak głodni, że weszliśmy do sklepu i poprosiliśmy jakąś kobietę o kawałek chleba. Odpowiedziała, że nie da, bo to nie jej. Wtedy pamiętam wyrwaliśmy jej ten chleb, bo nie mieliśmy nawet czym zapłacić i uciekaliśmy przez jakieś uliczki. Zaczęło się ściemniać i zaczęliśmy myśleć, gdzie by tu położyć się spać. W pewnym momencie zobaczyliśmy garaże. Podeszliśmy bliżej, ale okazało się, że ktoś już tam mieszkał, bo był tam piecyk żelazny i pełno drzewa na opal. Nikogo jednak nie było w środku, więc zostaliśmy tam jedną noc, potem drugą, aż wreszcie przyszli jacyś Niemcy i mówią, że to ich garaż. Przestraszyłem się i zacząłem mówić do nich po niemiecku, że uciekam, bo mój ojciec był Niemcem, a Mieciu to jest też Niemiec, ale niemowa. Zgadaliśmy się i Niemcy powiedzieli, że znaleźli pusty dom i jak chcemy, możemy się tam z nimi zabrać.
I tak zamieszkaliśmy z Niemcami. W domu nie było okien, to zasłonili je kocem, żeby nie wiało. Powiedzieli, że znają kamienice w Gdańsku z ukrytym jedzeniem. Kamienice były rozwalone, a piwnice były całe. Poszedłem z nimi do tych ruin, oni tam metrówką coś odmierzyli i zaczęli kuć młotkiem. W środku było zamurowane pełno rzeczy. Miałem potem załadowany pełen plecak żywności. I tak co kilka dni chodziliśmy po różnych miejscach, gdzie oni mieli ukryte jedzenie.
Kim byli ci Niemcy?
To był brat z siostrą, jej mąż i ich sześcioletnia córka. Mieli około czterdziestki. Nie ufali nam i często dopytywali się różnych szczegółów, w których ja się gubiłem. Pewnego razu usłyszałem jak rozmawiają. To był jeden pokój oddzielony kocem – oni po jednej stronie, my po drugiej. „Trzeba od nich coś wydusić, nie wiadomo z kim mamy do czynienia”. I tak jakoś zaczęła się między nami taka ukryta wrogość. Gdy skończyło się jedzenie, mówili, że nic nie mają, a Mieciu podpatrzył, że jedzą, gdy nas nie ma. Oni chcieli wtedy uciec do Niemiec i mieli nawet wyrobione fałszywe dowody. I chcieli nas zabrać ze sobą – że w Niemczech założymy razem warsztat samochodowy, bo oni naprawiali samochody. Kazali przygotować tobołki, żeby być gotowym do drogi w każdej chwili. Tak naprawdę nie myśleli o nas poważnie. Byliśmy im potrzebni. Zabieraliśmy ich w niedziele do roboty jako Polaków, do odgruzowania, do oczyszczania. Innym razem, gdy przychodziła polska policja. „Kto tu mieszka?” „Tylko my mieszkamy” – „Niemców nie ma”, – „Nie ma”, a Niemcy jak myszy siedzieli cichutko schowani.
Z czego żyliście?
Załapaliśmy się na załadunek i rozładunek statków w porcie. Unra przychodziła – pomoc dla Polaków. A tam wszystko było na statku – i wyżywienie i maszyny jakieś. Straż pilnowała tego. I tam się kręcili tacy cwaniacy i oni właśnie załatwili nam tą pracę i chcieli, żebym wynosił dla nich rzeczy ze statku. Ja byłem jednak oporny z miejsca na coś takiego i mnie wywalili.
A co się stało z Niemcami, z którymi mieszkaliście?
Uciekliśmy od nich.
Uciekliście?
Wiedzieliśmy, że Niemcy coś kombinują. Uciekliśmy w nocy. Zabraliśmy swoje tobołki, prześcieradła i pierzyny. Wsiedliśmy w pociąg do Łodzi.Tam sprzedaliśmy prześcieradła i nakupiliśmy sobie rogalików.
Stamtąd wróciliśmy znowu do Hrubieszowa i tam spędziłem cały następny rok.
To tam, gdzie była zasadzka na wasz oddział?
Tak, to było już rok później – lato 1946 roku. Akurat była „Akcja Wisła”, wysiedlali Ukraińców do ZSRR – bo tam wtedy po polskiej stronie nowej granicy było wciąż dużo Ukraińców. Załapaliśmy się na żniwa. Przyjechała maszyna, wymłóciła, nabraliśmy zboża i ciągnikiem zawieźliśmy do Hrubieszowa i je tam sprzedaliśmy za bezcen. Za bezcen, ale już mieliśmy znowu jakieś pieniądze i można było ruszyć dalej. Wtedy się rozłączyłem z Mieciem, bo okazało się, że moja rodzina żyje.
——————————————————-
ODNALEZIENIE RODZINY – kwiecień 1948
Jak ich znalazłeś?
Przez gospodarza, u którego miałem wcześniej kryjówkę. On był już wtedy wójtem i powiedział mi, że Łódź prowadzi rejestrację wszystkich osób wysiedlonych zza Buga. Napisałem do nich i za dwa tygodnie na jego adres dostałem odpowiedź, że moja rodzina żyje i mieszka w opolskim.
Co poczułeś na taką wiadomość?
To była nieograniczona radość, to była radość.
Jak się dostali na Zachód?
W 1945 roku kazali im wyjeżdżać.
Wszystkim?
Wszystkim. Nie było tam tylko Helki [starszej siostry - przyp. K] i mnie.
A gdzie była Helka?
Helena też się błąkała. Ona była gdzieś w toruńskim.
Ona wcześniej odnalazła rodzinę niż ty?
Wcześniej. Znalazła sąsiadów ze wschodu i ci sąsiedzi wiedzieli, gdzie jest nasza rodzina.
Gdzie ich dokładnie przesiedlili?
Do Biskupic a potem do Minkowic koło Oławy niedaleko Wrocławia. Tam były puste domy, które rozdzielał sołtys. Ojcu trafiła się akurat rudera, ale szybko to wszystko ładnie obudował.
Kiedy do nich przyjechałeś?
W kwietniu 48 roku
Pamiętam jak przyjechałem wtedy z Zamościa na Dworzec Nadodrze we Wrocławiu, skąd miałem pociąg do Minkowic. Helka opisała mi w liście jak do nich dojechać. Pociąg był dopiero po południu, a ja znalazłem się tam około 10 rano. I musiałem czekać kilka godzin na dworcu. Problem w tym, że nie miałem karty meldunkowej – wtedy trzeba było mieć kartę meldunkową w miejscu, do którego się jechało. W tym czasie bylem już po rejestracji wojskowej w zamojskim i nie dali by mi wymeldowania do innego miejsca. Nie chciałem czekać miesiąc na te wszystkie papiery, tylko od razu wsiadłem wtedy w pociąg, żeby ich zobaczyć. Siedziałem tak w poczekalni i nagle zjawiła się milicja i zaczęła sprawdzać dokumenty. Na dworcu było dosyć dużo ludzi. I gdy oni sprawdzali dokumenty, ja przesiadałem się w inne miejsce. Oni tu, ja tam. Oni tu, ja tam. W końcu sobie poszli, a ja odetchnąłem. Nie było by na pewno jakiejś wielkiej draki, gdyby mnie wtedy złapali bez meldunku, ale znowu nie widziałbym rodziny kolejnych kilka dni, zanim wszystko by się wyjaśniło. I chyba pół godziny przed odjazdem pociągu znowu przyszli sprawdzać a ja znowu zacząłem im się wywijać. W końcu wsiadłem cudem jakoś w ten pociąg do Minkowic.
Większej radości w życiu nie przeżyłem. Wszystko wyglądało tak jak w liście od Helki: dworzec kolejowy, wieża kościelna. Szedłem w jej stronę, szedłem i bylem coraz bliżej. W końcu zobaczyłem numer 33. To było tu. Wszedłem. Stał tam ojciec. Naprawiał plot. Był tam też Michał [starszy brat - przyp K.]
Poznali cię? Wyjechałeś jako 14-latek a wróciłeś jako 20-latek, nie widzieliście się przecież 6 lat.
6 lat…
Objawiłem się im jak zza grobu, bo myśleli, że nie żyję. Ja też myślałem, że oni nie żyją. Przecież to już było 3 lata po wojnie.

Rodzina Szramów (Minkowice; ok. 1948 rok): stoją – od lewej: Władysław (1928-2007), Helena (1922-2003), Bolesław (1931-1997); siedzą – od lewej: Maria (matka, 1896-1957), Stanisława (1936), Józef (ojciec, 1892-1966)
—————————–
Zobacz także: